jarek derebecki
jared image
Strona głównaFotografie
Strona główna

GORĄCY TEMAT  . . . z archiwalnej szuflady


KOŚCIÓŁ DZIESIĘĆ DNI PÓŹNIEJ


Podobno żeby trzeźwym okiem z dystansu spojrzeć na dopiero co wykonane zdjęcia trzeba  je odłożyć do szuflady na miesiąc. Tyle mniej więcej czasu wymaga ochłonięcie z emocji i podekscytowania tym wydarzeniem, a także odrzucenie czynników, które mogły wtedy mieć niekorzystny wpływ na wykonane fotografie. Czasem jest to słuszna decyzja ale też bywają sytuacje kiedy w ogóle jest to niepotrzebne. Moja pierwsza wizyta w kościele pokoju sprawiła że miałem przed oczami mnóstwo obrazów które chciałem utrwalić i często te obrazy nakładały się na siebie, albo znowu jeden wypychał drugi. Mimo spokoju i ciszy panującej w pomieszczeniu  emocje sięgały zenitu. Wiedziałem co chcę pokazać, wiedziałem jak chcę pokazać lecz to wszystko powodowało że nie mogłem się zatrzymać na dłużej przy obrazie już wykonanym bo kątem oka dostrzegałem inny i wiedziałem że jeśli w tym momencie nie stanę przed nim to bezpowrotnie umknie. Efekt tej wycieczki był taki że nie potrafiłem wtedy dostrzec małego, wielkiego szczegółu.  I cały czas nieświadomy tego czułem że coś tam jeszcze mi w tych zdjęciach przeszkadza, coś jest jeszcze nie tak. Czasem zbyt oczywiste jest najtrudniej dostrzec gdy szuka się nie tam gdzie trzeba. Ja szukałem w treści a nie zwróciłem uwagi że to właśnie forma wyraża treść. Potrzebowałem na to dziesięciu dni i ponownej wycieczki do tego miejsca. I gdy tak chodziłem i oglądałem te drewniane ławki, ich rzeźbione wykończenia i mnóstwo elementów  w drewnie tworzących tą interesującą mnie atmosferę zobaczyłem to co było cały czas widoczne. Snycerowane elementy wnętrza pojawiały się tam w różnych odstępach czasu i różnymi materiałami były wykańczane tworząc mieszaninę tonacji brązu, pomarańczy, błękitu. To właśnie barwa mająca drugorzędne znaczenie wprowadzała zamęt w tym co chciałem pokazać. Pozbycie się koloru zakończyło ostatecznie moje rozterki. Pozostało tylko stworzyć nowy katalog na  ostateczną wersję mojej interpretacji wnętrza tego kościoła.

obrazki w : Kościół dziesięć dni później

 




REFLEKSJE JAKO TEMATY NIE ILUSTROWANE


Tu byłem

Kiedy nie było drewnianych ścian, ceglanych murów, wież kościołów ani bardziej ku temu przeznaczonych ksiąg pamiątkowych, wydrapywano na ścianach jaskiń przeróżne znaki. Opisywano polowania, tańce, dzień codzienny, czyli zaznaczano takie współczesne, symboliczne „tu byłem”. Dzisiejsza bardziej cywilizowana społeczność nie zapomina o pozostawieniu jeszcze imienia i oczywiście daty mówiącej kiedy pamiątkowy wpis został dokonany. Na pochwałę zasługuje ten czyn, ponieważ za ileś tam lat archeolodzy nie będą musieli się trudzić w odgadywaniu daty kiedy owe zapiski przodkowie poczynili. Oczywiście wszystko pod warunkiem że podkład na którym umieszczono niezwykły zapis będzie równie trwały jak archaiczne ściany jaskiń. Można raczej w to powątpiewać znając destrukcyjny charakter współczesnej populacji ludzkiej. Nie przeszkadza to jednak w ciągłym pozostawianiu wiadomości i pamiątek wszędzie gdzie tylko się da. Co bardziej światli oprócz obowiązkowych słów rysują jakieś wzory, postacie czy też krajobrazy. Będą miały przyszłe pokolenia mnóstwo materiału do interpretacji co też autor chciał przez to powiedzieć. Znaki owe znajdujemy dosłownie wszędzie i chcąc się zastanowić nad tym socjologicznym zjawiskiem, dochodzimy do zadziwiających spostrzeżeń czy aby to nie odzywają się w ludziach jakieś stadne, zwierzęce, pierwotne instynkty, kiedy zaznaczano swoimi wydzielinami teren na którym przebywano. Przyglądając się pieskowi na spacerze widzimy jak pod każdym drzewkiem i krzaczkiem po obwąchaniu podnosi nogę i choć paroma kroplami zostawia wiadomość dla innych. Analogia jest tu bardzo wyraźna. Czytamy napisy innych, a później pozostawiamy swój. Nie dbamy przy tym zupełnie o to czy jest to odpowiednie miejsce. Być może za rok lub dwa znajomy odnajdzie wpis i będzie radość. Być może...

Widok z okna

Ceremonie rozpoczęcia nowego dnia zaczynamy od spoglądania przez okno. To co za nim ujrzymy wpływa niemalże na nasze samopoczucie na resztę dnia. Jest to tak banalna czynność, że nie zdajemy sobie sprawy jak wielki wpływ na nasze życie ma to co rozpościera się za oknem. W pierwszym odruchu szukamy oznak aury, a gdy ją już rozpoznamy wypatrujemy zmian jakie zaszły od ostatniej obserwacji. Każda zmiana jest natychmiast rejestrowana, przetwarzana i interpretowana na własny sposób. Każdy element tego widoku tak dobrze jest znany że żadne odchylenia od normy nie ujdą uwagi. W końcu obserwując ten obraz wielokrotnie w ciągu dnia utrwalamy go w najdrobniejszych szczegółach. Nieraz aż tęsknimy za jakąś zmianą. Niech w końcu ten monotonny wiecznie taki sam obraz się zmieni. Jednakże nie chcemy się pogodzić ze zmianami natury, gdy zmrok za oknem zaczyna zapadać coraz szybciej, gdy bliżej jesienne szarugi. Natura rekompensuje to nadejście barwiąc świat kolorami które latem próżno szukać. I znowu patrząc w okno z radością odnajdujemy promienie słońca wróżące udany plener. A potem nadchodzi zima i przez okno maluje się obraz w odcieniach bieli. Bieli i szarości. Szarości i bieli. Aż wreszcie widok ten prowadzi nas znów w coraz dłuższy dzień, w nowy odcień zieleni. Patrząc w ten budzący się do życia świat nabieramy nowych sił i nawet ta monotonia tego widoku nie jest taka nużąca w nowych szatach. Okazuje się że drzewa nieco urosły, tam gdzie była zeschnięta trawa pokazują się jakieś kwiaty, samochody stojące na parkingu są jakieś czystsze i w ogóle jakoś tak słońce wyżej świeci i lepiej oświetla ten nasz widok z okna.


Na fali tandety czyli spostrzeżenia z plenerowego koncertu

Zalew wszelkich gadżetów rejestrujących jest przeogromny. To z jednej strony dobrze ale z drugiej niestety nie. Kiedyś do rejestracji filmu lub wykonania zdjęcia trzeba było posiadać pewien zasób wiedzy, dziś wystarczy wiedzieć gdzie nacisnąć przycisk. Wszyscy wszystko rejestrują i na każdym kroku robią miliony zdjęć, właściwie sami chyba nie wiedząc po co. Pewnie po to, aby zapychać internet swoimi fotkami i filmikami. I oto mamy jakiś plenerowy koncercik gdzieś na wybrzeżu z okazji rozpoczęcia sezonu. Wychodzą artyści, zaczynają śpiewać,  a na widowni unosi się las rąk, a w każdej ręce sprzęt do nagrywania. To jak zapalniczki tyle że nie falują. Oto znak naszych czasów. Może to i jest jakieś rozwiązanie na zachowanie pamiątki z miejsca wakacyjnego pobytu. Przynajmniej wiadomo że jest autentyczne i pozwala powracać pamięcią do miejsc z tym związanych. Taka tęsknota za autentycznością pamiątek z miejsc pobytu gdzie nikt nie widział nalepki „made in china”.

 



                                                                                                                                                                              


MÓJ ŚWIAT, KIEDYŚ

Wszystko zaczęło się od Smieny

Już nawet nie pamiętam kto włożył mi do ręki prymitywny aparacik lomo ze słowami idź i patrz. Samo patrzenie to było dla mnie za mało. Chciałem być od początku do końca przy powstawaniu obrazu. Poszukiwanie filmów, wycieczki za odczynnikami to były dodatkowe atrakcje w drodze do celu. Wszystko było nagradzane obecnością magii jaka istniała w ciemni. Pierwsze emocje towarzyszyły przy obróbce filmu. Temperatura, czas były ważnymi parametrami i nie można było sobie pozwolić na ustępstwa. Później cała ceremonia przygotowania ciemni, ustawiania sprzętu, przygotowania roztworów. Końcem wieńczącym dzieło ( w swobodnym pojęciu tego słowa) był obraz powstający na papierze. Trudno dziś sobie wyobrazić tamte emocje kiedy w edytorze można poprawiać w nieskończoność poszczególne operacje. Dla mnie tamta epoka odeszła i raczej do niej nie wrócę. Pozostały doświadczenia godzin spędzonych w oparach chemii, wspomnienia, trochę starych fotografii i pierwszy aparacik, niestety nie ten którym zaczynałem, ale taki sam.

 

Dlaczego nad morzem

Pamiętam gdy kiedyś wędrowałem po nadmorskiej plaży znajdywałem różne skarby, które zawzięcie kolekcjonowałem. A to jakaś oryginalna butelka po rumie, a to kawałek liny lub wypolerowanej deski z dziwną nazwą, muszelki, szkiełka. Idąc tak i nie spotykając nikogo wydawało mi się że odkrywam dziewicze lub prawie dziewicze miejsca, gdzie stopa ludzka nie stanęła. Cicho, pusto tylko szum morza, od czasu do czasu przeleciała mewa z charakterystycznym okrzykiem i słońce uparcie przemierzające swą drogę od wschodu do zachodu. Dziś trudno znaleźć miejsce odludne gdzie z obu stron spoglądając na horyzont nie zobaczy się ludzkiej postaci. Już nie ma malutkich miejscowości gdzie garść turystów odpoczywa w ciszy. Nawet morze chyba inaczej szumi. Nie ma już ubranych na biało roznosicieli lodów. Za to pełno gotowanych kukurydz, popcornów, naleśników sprzedawanych z plastikowych lodówek, hałaśliwych salonów gier, namiotów z tanią tandetą i nieco pseudo pamiątek latarni morskich i innych statków z naklejką „made in china”. Po tamtych czasach pozostały tylko wspomnienia, stare fotografie i tyle.


MÓJ ŚWIAT, MOJA RZECZYWISTOŚĆ

  W kolorach

Mój świat rozpoczął się w odcieniach czerni i bieli. Zmieniając się zatoczył krąg i powrócił do fascynacji sposobu wyrażania w tych barwach. W czasie wędrówki zahaczył jednak bardzo mocno o barwy. Dziś nie wyobrażam sobie fotografii bez barw.

W obrazach

Patrzę, widzę, obserwuję, myślę...czasami o rzeczywistości widzianej tylko przeze mnie. Realnej, istniejącej gdzieś w przestrzeni czasu i miejsca, a jednak trochę nie realnej. To takie moje subiektywne patrzenie na otoczenie. Pytam się jak mocno można ingerować, aby ten obraz był prawdziwy. Jednak czy prawdziwy to ten który widać przed naciśnięciem spustu, czy ten który jest efektem końcowym obróbki.
Odpowiedź jest bardzo prosta: Wszystko zależy ode mnie.

W odbiciu

W moim widzeniu świata nie staram się przekazywać tego co sobie wymyślili inni. Mój świat to moja wizja i zawsze się do tego przyznaję że zmieniam ją starając się widzieć wszystko po swojemu. Bywa iż detal nie pasuje mi do całości więc przedstawiam sam detal nie dopowiadając reszty. Nakierowuję na własne tworzenie całości. Każdy widzi ją po swojemu. Każdemu będzie odpowiadać. Jestem w nieco gorszej sytuacji ponieważ mój umysł zapamiętał jak ona wygląda i wymaga więcej wysiłku dla stworzenia nowej, dla mnie lepszej, rzeczywistości. Kiedy po dłuższym czasie oglądam te obrazy jest to już inna rzeczywistość, może lepsza, może gorsza. Czasem dostrzegam coś czego przedtem nie widziałem. Być może to wpływ chwilowego nastroju, otoczenia. Temat architektury i odbicia odnajduję ponownie w oknach. To fascynujące zjawisko za każdym razem rysujące inną rzeczywistość. Co zadziwiające, w nowych oknach jest ono wyśmienicie zniekształcane, co było niespotykane w tradycyjnych szybach. Świat się zmienia, a wraz z nim wizja Alicji jest co raz bardziej zwariowana po drugiej stronie lustra. Czy ten świat to inny wymiar naszego. Takie bliźniacze odbicie bez ogródek. Brutalna wizja rzeczywistości w której bez psychicznej deformacji nie dało by się żyć. Tylko czy ten właściwy wymiar nie zdeformował już naszej psychiki. Czasem trudno w to wątpić.


 




KONTAKT I LINKI

kontakt : jarekderebecki@o2.pl
                     jaredimage@o2.pl

Legnickie Stowarzyszenie Fotograficzne : www.lsf.legnica.pl

inspiracje : www.michaelkenna.net
                  www.chrisorwig.com
                  www.joemcnally.com
                  www.davidduchemin.com

     


 
Strona głównaFotografie